Czy z kilkumiesięcznym dzieckiem można czytać?

Zanim urodziło się moje dziecko, skrupulatnie uzupełniałam jego biblioteczkę, mając głęboką nadzieję, że pokocha książki, i z czasem czytanie stanie się jedną z jego ulubionych rozrywek, dając tym samym kolejną okazję do wspólnego spędzania czasu.


Natknęłam się na wiele informacji na temat czytania maluchowi od urodzenia, a nawet do brzucha, aby wzbudzić w nim miłość do książek i wychować mądre i wrażliwe dziecko. Jako że jestem osobą, której daleko do jakiegokolwiek przesadyzmu, i tu postanowiłam zachować umiar i zdrowy rozsądek. Nie czytałam brzuchowi, nawet -o zgrozo!- nie mówiłam do brzucha. Nie potrafiłam się przemóc. Poza tym uznałam, że dzidziuś tak czy inaczej słyszy mój głos, kiedy z kimś rozmawiam, więc nie przejmowałam się tym zanadto. Ciekawiło mnie bardziej, jak to jest z tym czytaniem noworodkowi. Zaopatrzyłam się w książeczki kontrastowe z twardymi stronami oraz w wiele innych książek kartonowych, i postanowiłam sprawdzić to wszystko na własnej skórze. Zapraszam do przeczytania moich spostrzeżeń.

Miałam ambitny plan czytania dziecku codziennie do snu. Życie jednak brutalnie go zweryfikowało- no bo kiedy właściwie czytać, skoro dziecko prawie 24 godziny na dobę wisiało przy piersi? Siedziałam zatem w fotelu przy regale z książkami, dziecko spało lub jadło na moich kolanach, a ja czytałam. Czytałam i umierałam, bo upał był nie do zniesienia, co chwilę zasychało mi w gardle i marzyłam o wodzie, a gdy po dwóch tygodniach mąż wrócił do pracy, nie miałam za bardzo pola manewru, aby się ruszyć, odłożyć dziecko, iść po kolejną butlę wody... Ale przecież byłam ambitną młodą mamą, więc nie poddawałam się. Przeczytałam tak na głos kilka książek, kiedy stwierdziłam, że to nie ma sensu. Zaczęłam puszczać audiobooki. Jednak w pierwszym miesiącu życia mojego dziecka poza brzuchem dostałam zlecenie z wydawnictwa, i większość czasu zaczęłam spędzać z dzieckiem przy piersi i komputerze (błogosławiony ten, który wymyślił poduszkę do karmienia- kłaniam się do ziemi), oczywiście walcząc początkowo z wyrzutami sumienia, że jak to, przecież miał być klimat, czytanie, a tu komputer... Jednak moje dziecko spało takim samym snem przy komputerze jak i przy książce, więc dałam sobie spokój. Nie czytam mu zresztą do snu do tej pory, a ma już pięć miesięcy. Zdążyliśmy już wypracować sobie system dnia i rytuały bez czytania "do cycusia"- gdy próbuję to robić, on zamiast jeść, gapi się na mnie i powala swoim bezzębnym uśmiechem- postanowiłam, że do tematu czytania przed snem powrócimy, gdy odstawimy się już od piersi i trzeba będzie nauczyć się zasypiać inaczej.
[Edit: mniej więcej odkąd odstawiliśmy się od piersi, czyli w 16 miesiącu życia Wojtusia, czytamy do snu ;) ]

Jednak nie jestem aż taka beznadziejna, co to, to nie. Nie wyszło nam z czytaniem do snu- zgoda, ale mój syn i bez tego kocha książki miłością większą niż on sam. Mianowicie od pierwszych dni jego życia zaznajamiałam go z książkami kontrastowymi.
Możecie wierzyć lub nie, ale ledwo na oczy widział cokolwiek, zezował okrutnie, a jednak na książki patrzył. Nie mogę zrozumieć do tej pory granicy wiekowej podanej przez Wydawcę (3 miesiące + a na innych nawet 6 miesięcy +), ponieważ moje dziecko obcuje z tą ambitną literaturą od urodzenia i nie zadławił się małymi elementami ani nie wsadził sobie nic do nosa czy ucha.
Mamy cztery książeczki kontrastowe wydane przez Wilgę po 9,90 zł. każda, do tego jedną z Olesiejuka kupioną w Biedronce chyba za 5 zł. i jedną harmonijkową "Oczami maluszka" za jakieś 18 zł. w księgarni internetowej (serdecznie polecam ten dyskont książkowy), i uważam, że tyle wystarczy. 
[Edit: wygraliśmy jeszcze "Bystre oczka" od Wydawnictwa Debit i w tej chwili korzysta z nich Krzyś]



Nie ma sensu kupować ich więcej, bo dziecko i tak nie zauważy jakiejś szczególnej różnicy, a zaręczam, że Wy tak czy inaczej zdechniecie z nudów przy którejś z kolei sesji "czytelniczej", a później będzie już tylko gorzej.

Harmonijka jest świetna, polecam ją gorąco. Stawia się ją przed dzieckiem, co motywuje je do podnoszenia główki w pozycji na brzuszku. Moje dziecko od pierwszych chwil życia było zainteresowane tą zabawą, co szczerze mówiąc aż nas dziwiło, że tak małe dziecko może się tak bardzo skoncentrować na jakimś obiekcie.


Na zdjęciach macie tego siłacza w pierwszym i szóstym tygodniu życia.

Mimo, że niesamowicie cieszyło mnie, że mojego synka tak interesują książki- obserwował je wnikliwie i wyciszał, kiedy się z nim czytało- z czasem zaczęłam mieć dosyć monotonnych, czarno-białych stron. Sięgnęłam wtedy w akcie desperacji (bo jak to, tak wcześnie? miał mieć ją na roczek, tam są kolorowe obrazki, a powinien zanudzać się tylko kontrastami) po książkę, która została już na wielu blogach opisana jako "bestseller dla maluchów", i którą sama polecałam znajomym mamom zanim jeszcze wypróbowałam ją na swoim dziecku (pozdrawiam Madzię =) ), jednak po relacji znajomych mam i teraz, po reakcji już własnego dziecka, jestem gotowa polecić Wam ten tytuł jako absolutny pewniak. Mowa o "Księdze dźwięków".



Mój teść gdy tylko przeczytał tytuł, zaczął szukać tych dźwięków- gdzie się je włącza, jak uruchamia? A to nie takie proste, o nie. Tutaj wszystko zależy od Waszej interpretacji, charyzmy i zdolności aktorskich. Pomysł sam w sobie jest banalny- na jednej stronie znajduje się obrazek przedmiotu, a na drugiej odgłos, jaki wydaje. I to wszystko. A jednak jest w tej książce coś, co sprawia, że dzieci ją kochają. Nie żartuję ani nie przesadzam. Opiszę to na przykładzie mojego pięciomiesięczniaka, który już od ponad miesiąca przyjaźni się z tą wspaniałą literaturą. Kładę rozwrzeszczanego, wijącego się jak węgorz niemowlaka na łóżku, stęka, sapie, wścieka się, ale oto nadchodzi ona- książka- gdy tylko uniosę ją nad jego głową (co nie jest proste, bo jest ciężka jak kilo mąki) i raczy otworzyć swoje zmrużone ze złości ślipia- jest już stracony. Od tego momentu boi się nawet dychnąć, żeby nie przegapić żadnego obrazka i nie uronić żadnego mojego słowa. Leży bez ruchu. Przez cały "seans". Członki wzdłuż siebie, oczy wlepione w treść. Obojętne czy czytam ja, czy mąż (choć on jest przeze mnie przeszkolony i czyta prawie identycznie), maluszek nie odrywa wzroku przez 15 minut. Żadna zabawka ani inna atrakcja nie jest w stanie zaabsorbować go na tak długo. On nawet ręką nie ruszy. To jest tak dziwne, że aż cudowne. Ciekawe, czy wyrośnie z niego koneser sztuki czytelniczej? Cóż, wszystko zweryfikuje się, kiedy wyrosną mu zęby- albo książki zje, albo oszczędzi.
Jeśli jeszcze nie słyszeliście o "Księdze dźwięków" lub słyszeliście ale jej nie posiadacie, szybko to nadróbcie. Mój synek przybija znak jakości- warto!
















A w takiej pozycji czyta moje dziecko:


I ani drgnie dopóki książka się nie skończy =)

Książka ma twarde kartki i jest najgrubszą tego typu książką dostępną na rynku.

"Księga dźwięków"
Wydawnictwo Dwie Siostry
Tekst i ilustracje: Soledad Bravi
14 x 14 cm
Książka kartonowa
112 str.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dlaczego nie lubię Kici Koci?

W jaki sposób nauczyłam Wojtusia znajomości liter?

Do Uszka Maluszka- nowa seria dla najmniejszych!

Podróż do wnętrza ucha- jak w łatwy sposób nauczyć dziecko anatomii?